Obserwatorzy

31 października 2016


W konkursie na opowiadanie (KLIK) udział wzięło całkiem sporo osób z czego bardzo się cieszę :) Wszystkie opowiadania były świetne i miałam dylemat, ale w ostateczności wybrałam trzy, które chciałabym nagrodzić i opublikować na blogu. Jak na razie zapraszam Was do przeczytania pierwszego z nich, a jego autorkę zapraszam po odbiór nagrody (50 sd).

Moi rodzice zawsze mnie rozpieszczali. Dostawałam to na co miałam ochotę. Byłam dziana, to fakt, którego się nigdy nie wstydziłam. Miałam wielu, wielu znajomych, głównie przez majątek naszej rodziny. No bo przecież kto by nie chciał przyjaźnić się z domowniczką ogromnej dziewiętnastowiecznej willi? Willi, w której zawsze czułam się bezpiecznie. Tu spędziłam swe dzieciństwo, tu dorastałam. Ten dom był przesiąknięty bogactwem, ale, niestety - nie szczęściem. Gdy skończyłam osiemnaste urodziny pojawiło się pewne napięcie. Napięcie, którego żaden z domowników nie mógł znieść. Krzyki, kłótnie, rozbite wazony. W końcu mój ojciec odszedł. Zostawił moją matkę dla jakiejś lafiryndy, której zrobił dziecko. Ma rodzicielka nie mogła tego znieść. Pogrążyła się w rozpaczy. Ostatecznie, dwa miesiące po rozwodzie, znalazłam ją w sypialni wiszącą pod sufitem w długiej sukni i bez butów. Węzeł zaciśnięty wokół szyi wydusił z niej ducha. Nie poczułam wtedy nic. Nie płakałam. Pojawiła się pustka. Wielka pustka. Ale czy było mi z tym źle? Nawet nie wiem czy ich kochałam. Może kiedyś tak. Ale to były odległe czasy.

Wiedziałam, że zostałam sama. Przez kolejny tydzień wyrzucałam ich rzeczy z teraz już mojego domu. Nie chciałam o nich pamiętać. Jedyną osobą, która ze mną została była pokojówka, kobieta średniego wieku. Gotowała i sprzątała, tylko dlatego jej nie zwolniłam.
Żyłam tak samotnie przez dwa lata. Oczywiście mówiąc samotna, nie mam na myśli zamknięcia się w czterech ścianach. Wychodziłam, uczyłam się, miałam jakiś krąg znajomych, nawet trochę imprezowałam. Mimo to, byłam sama.

Dzień mijał za dniem, noc za nocą. W końcu kartka kalendarza wskazała na 5 listopada. Dzień rocznicy śmierci mojej matki.
Był to zimny, wietrzny wieczór. Ogołocone drzewa niespokojnie przechylały swe gałęzie. Masy powietrza wirowały pożółkłymi liści na podwórzu. Siedziałam zawinięta w koc przeglądając rodzinny album. Zapaliła się we mnie jakaś iskra i musiałam, musiałam przypomnieć sobie jak kiedyś było. Z moich kontemplacji wyrwał mnie podwójny dzwonek do drzwi. Odwinęłam się z kokonu i je otworzyłam.
Nie spodziewałam się zobaczyć w drzwiach mego ojca. Stał ubrany w czarny garnitur, z parasolką w lewej dłoni i bukietem ciemnych, czerwonych róż w prawej.
- Witaj, córko. Mogę? - spytał a ja wpuściłam go do środka.
Zaparzyłam mocną, czarną herbatę i usiedliśmy. Rozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że dorobił się kolejnych dwóch bachorów i planuje ślub ze swoją kochanką. W między czasie wybiła północ. Później przeszliśmy się po domu. Żyrandole, ornamenty, miękkie dywany. Wszystko to było owiane pewną ponurością. Czułam niepokój. W końcu dotarliśmy na ostatni korytarz. Dotknęłam klamki.

Zgasły światła. Poczułam szarpnięcie i znalazłam się w sypialni. U mego boku stał ojciec.
W pomieszczeniu unosił się kurz. Poczułam zimno drewnianej podłogi. Byłam bez butów. 
Rozejrzałam się po pokoju. Poczułam zapach stęchlizny. Sufit przeciekał w kilku miejscach. Na podłodze zauważyłam czerwone i czarne plamy. Rozdarte firany falowały. Wokół łoża z baldachimem powstało kłębowisko pierza. 
Ten pokój był codziennie sprzątany. To niemożliwe, żeby tak wyglądał.
Nagle okna się zatrzęsły. Pyłki kurzu wraz z piórami zaczęły się unosić. Spojrzałam na ojca. Był przerażony, chyba bardziej niż ja. Nagle jego oczy rozszerzyły się. Odwróciłam głowę.
Przed nami wisiała moja matka. W tej samej sukni. Jednak tym razem bez sznura wokół szyi. Lewitowała. Powoli wyciągnęła palec wskazujący w stronę mego ojca. Obróciła nim w lewo i wtedy jego klatka piersiowa została przecięta. Wylała się krew. Kolejny ruch palcem - kolejny cios. Padł na ziemię. Nadnaturalna siła uniosła jego ciało obijając o sufit i ściany. Wreszcie zatrzymało się przed zjawą. Matka wyciągnęła drugą rękę i wbiła swe szpony w ciało wyjmując serce i ściskając je, aż pozostała jedynie czerwona papka.
Spojrzałam w jej czarne ślepia. I wtedy pojawiła się ciemność.

Otworzyłam oczy.
Poraziły mnie promienie wschodzącego słońca. Znajdowałam się na łóżku, przykryta okrwawionym pierzem. Podniosłam się. Moja matka znikła, tak samo jak mój ojciec. Wszystko wyglądało normalnie z wyjątkiem puchu i ogromnej plamy w miejscu, gdzie padł mój rodzic. Wyszłam z pokoju. Zaczęłam szukać sprzątaczki. Czy to wszystko działo się naprawdę? Może ona coś usłyszała? Przeszukałam cały dom. Ani jednej żywej duszy. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do ojca na numer, który podał mi przy wczorajszej nocnej rozmowie. Brak sygnału. Weszłam do kuchni i machinalnie spojrzałam na elektroniczny kalendarz. Zatrzymałam się w szoku wpatrując się na datę.

Był 5 listopad. Znowu.



Sevent_Heaven